InMOJE MYŚLI

No EXCUSES i nie ma LIPY

Jestem weteranką fit forów. Serio. Kiedyś śledziłam ich tyle, że życia nie odzyskam. Łykałam jak pelikan wszystko, co tam było. Całą pseudofitmotywację. Czemu pseudo? Bo opierającą się głównie na hejcie. Samej siebie i innych dookoła. Na body shamingu – wyrażanego w sposób prosty lub zawoalowany. Dokładnie to obserwuję aktualnie w social mediach, tylko w gigantycznych ilościach. Wysyp “trenerów personalnych”, “fit motywatorek/ów”, #dietek online” itp. i niestety też właśnie tego typu przekazu.

A jak brzmi ten przekaz? W uproszczeniu tak: gruby=leniwy, leniwy=godny potępienia. Trzeba potępiać, potępiać i jeszcze raz potępiać. My jesteśmy lepsi, bo trenujemy, Ty nie, bo jesteś leniwa. Nie ruszasz dupy – nie należysz do naszego hiperelitarnego klubu lepszych ludzi.

Rzygam, serio rzygam kompletnie każdą pseudofitmotywatorką, która pisze, że “wystarczy się za siebie wzionść” i każdą niunią, która właśnie pierwszy raz w życiu (może ostatni, daj jej Boziu) zaliczyła zmniejszenie rozmiaru swojego tyłka i lepszość widzi lepszość. Zachłysnęła się endorfinami i wydaje jej się, ze znalazła remedium na całą nadwagę świata. A jak znalazła to co teraz? Konto na insta, “you can do it” i jazda z koksem. Przecież już nie jest tym wstrętnym grubaskiem, o nie. Grubaski są leniwe i fe, a ona się napracowała i teraz wreszcie może się pokazać, ze taka ładna. Bo przedtem nie mogła. O to się własnie wszystko rozchodzi. Wszystkie te mądrości dawane grubasom, “bo ja byłam gruba i wiem, że to lenistwo” wynikają tylko z tego, że takie osoby nie przepracowały w sobie siebie samych. Uważają, że grubi są gorsi, bo tak widzą siebie z przeszłości. Jako gorszych, brzydkich i wstrętnych. Fajnie się poucza innych, ale schudnięcie 20 czy 30 kilo z nikogo nie czyni jeszcze wyrocznią w sprawie samoakceptacji wszystkich grubych na świecie. Ani dietetycznego guru.

A że już nie wspomnę o zawartości merytorycznej. Wiedza? Jaka wiedza? Po co komu jakakolwiek wiedza? Wystarczy poprzeliczać tabelki w PoTreningu czy innych miejscach. Albo zaserwować swój sposób, wszak działa, musi działać na wszystkich. A jak na Ciebie nie działa, to się nie starasz, kochana, leniuszek z Ciebie, oj nieładnie.  Po co się dokształcać z dietetyki, psychodietetyki, zgłębiac temat jakie mogą byc przyczyny nadwagi, skoro można po prostu napisać lub powiedzieć ludziom, że mają schudnąć, a wszystko się samo rozwiąże! Po co komu zawracanie sobie głowy czyimiś problemami albo jakaś empatią? Schudnięcie przecież doskonale rozwiąże problemy z samoakceptacją, relacjami międzyludzkimi, depresją, zaburzeniami odżywiania. Wystarczy po prostu chcieć, spiąć dupę i to zrobić. Czyli… musisz wytrzymać.

Tak, wytrzymywanie to słowo też słowo klucz. Nie możesz wytrzymać? Twoja wina, bo przecież można. Kiepsko Ci idzie, bo nadal nie radzisz sobie z problemami wykraczającymi poza redukcję i trening? Kogo to kurwa interesuje? Masz się wzionść i no excuses. Trafiłam nawet na gościa, który pisał w konsultacjach swoim klientkom, że na ich miejsce czeka dziesięć innych osób i jak się nie starają, to mają nie marnować jego czasu. Cóż, zdjęcie podopiecznej “przed i po” w galerii na insta musi być. A nie jakaś Grażyna.

Po czym poznać dobrego trenera/trenerkę?

  • nie znajdziesz na ich profilu żadnego body shamingu ani epitetów w stronę osób z nadwagą – nie robią tego sami, nie pozwalają robić innym
  • nie wyrażają się z pogardą o osobach z nadwagą – w  żaden sposób
  • nie obiecują gwarantowanych efektów typu -15kg w 3 miesiące
  • nie mają uniwersalnych recept, wszystko dostosowują do Ciebie
  • dbają o Twoje zdrowie
  • uwzględniają Twój tryb życia
  • słuchają Ciebie

Jeśli widzisz coś przeciwnego, to masz do czynienia nie z trenerem/trenerką, lecz z zadufanym w sobie narcyzem, który uważa się za lepszego od innych i za swoją misję uważa produkowanie wszystkich na swoje podobieństwo. Taka osoba Ci nie pomoże.

Chudłam i tyłam wiele razy w życiu i też miałam wtedy wrażenie, że znalazłam lekarstwo na całe grube zło świata i wszyscy powinni chudnąć razem ze mną bez względu na cenę. Ale to ogromne nadużycie, bo samoakceptacja najmniej zależy od rozmiaru tyłka. Na to się nakłada mnóstwo czynników i te fizyczne to na serio niekiedy mały pikuś. I paradoksalnie drodzy pseudofitmotywatorzy i pseudofitmotywatorki, bardziej niż dieta, pomaga po prostu wyjście z domu, wyjście ze swojej skorupy, uczenie się otwartości wobec siebie i ludzi oraz przekonanie, że nie jest się gorszym i brzydkim, bo się jest grubym.

Dlaczego piszę ten wpis? Bo strasznie mnie wkurza to, że tyle osób myśli, że pseudofitmotywatorzy pomagają, bo są tacy “szczerzy i nazywają rzcezy po imieniu”. Ufają im i powierzają swoje zdrowie. Dla wielu jest to kolejna trudna próba, którą podejmują z ogromnym wysiłkiem. A w zdrowym życiu nie chodzi o wysiłek ponad możliwości i wieczne spinanie dupy. Chodzi o balans.

 

Czytaj także:

http://natjanowska.pl/2018/07/02/jak-sie-nie-akceptujesz-to-zrob-cos-ze-soba/

5

5 komentarzy

  • Hanka

    w punkt

    21 września 2018 at 10:30 Reply
  • Mania

    Kochana dobrze napisane! Ja na naprawdę dobrego trenera trafiłam w osobie mojego szwagra. Co prawda glownie trenuje boks ale na ksztaltowaniu sylwetki tez sie zna. Dzieki niemu powrocilam do sportu i odkrylam nowe dyscypliny. A wlasciwie to wiedzialam ze one sa ale on mi pokazal ze sa dla mnie. Gdy pod jego okiem schudlam 15 kg chwalil mnie za ciezka prace ale gdy teraz przytylam bo musialam zmniejszyc intensywnosc treningow bo mam trudnosci z zajsciem w ciaze, dalej mnie wspiera i podkresla ze mam miec przede wszystkim fun z tego bo to ze on trenuje boks nie znaczy ze ja tez musze. Ja mam znalezc sposob dla siebie ktory mi odpowiada. I to jest dla mnie wazne. Niestety zazwyczaj pseudottenerzy swoja dyscypline uwazaja za jedyna sluszna. Najczesciej widze to wsrod fanow silowni. Tylko silownia jest super a jak ktos cwiczy samo kardio to jest cienias. A przeciez nie o to chodzi. Nie dla kazdego waga jest celem samym w sobie, czasem chodzi po prostu o ujedrnienie albo poprawe kondycji a czasem o zwykla przyjemnosc. A jak czytam u niektorych ze trwning to nie zabawa ma byc ostro albo wcale to mi sie flaki gotuja…

    21 września 2018 at 13:35 Reply
    • NatJanowska

      Jakoś tak się na świecie porobiło, że sport ma służyć tylko do odchudzania, a jak nie to znaczy, że robisz coś źle. A chodzi o przyjemność, aktywne życie i po prostu chwilę dla siebie, prawda?

      23 września 2018 at 14:47 Reply
  • Ewelina

    Kiedyś, będąc odchudzoną o 30 kg po diecie 1000 kcal wydawało mi się, że moim zbawcą był koleś który rzucił mi z uśmiechem “taka ładna, szkoda że gruba”. Też mysłałam , że otworzył mi oczy a dziś wiem, że to był zwyczajny bodyshaming i tyle. Dziś ważąc z powrotem te +30 kg, nawet z górką jestem szczęśliwsza niż wtedy, kiedy schudłam bo nawet wtedy przeglądałam się w oczach innych ludzi. I choć próbuje się z moją wagą co jakiś czas kiedy odczuwam dyskomfort to dziś to moja decyzja, której nie podejmuje z rozpaczy tylko z miłości do siebie. Akceptacja to moc!

    21 września 2018 at 14:11 Reply
    • NatJanowska

      Ile razy słyszałam “ładna buzia, gdyby tylko schudła” – nie zliczę 😛 A skończenie widzenia siebie czyimiś oczami to najbardziej wyzwalająca rzecz jaką mozna zrobić 🙂

      23 września 2018 at 14:48 Reply

    Leave a Reply

    %d bloggers like this: