InMOJE MYŚLI

Jak to zrobiłaś? Masz jakąś dietę?

No i masz babo, znowu “jak to zrobiłam, że schudłam”. Jedno foto na instastory i lawina wiadomości “co robię, co jem, czy jestem na diecie, ile razy w tygodniu trenuję”. Kurde, laski, nie odkryłam Ameryki, nie mam cudownej, autorskiej metody, nie napiszę na ten temat książki ani nie będę pisać blogowego serialu w odcinkach. I nie – nie myślę o żadnej docelowej wadze czy czymśtam. Wiem, że te ciągłe pytania to poszukiwanie, więc napiszę prosto z mostu: nie schudłam z dnia na dzień, nie w 3 miesiące, nie w pół roku, nie w rok. Bo właściwie do tego etapu, na którym teraz jestem dochodziłam większość życia.

Do dupy, no nie? – Nie ma diety-cud.

Z perspektywy czasu widzę, że we względnej równowadze ze sobą jestem w zasadzie dopiero od jakichś 2-3 lat. Takiej równowadze, która oznacza brak latania do lodówki przy każdym stresie. I takiej równowadze, która oznacza, że nie odchudzam się rozpaczliwie przez 2 czy 3 miesiące próbując nad tym zapanować, potem znowu tracę kontrolę i tak w kółko. Niedawno przeczytałam na jednym znanym blogu pogardliwe określenie “amatorki nocnego podjadania”. Kurwa mać, za przeproszeniem, czy szanownej osobie- blogerce wydaje się, że to jest śmieszne? W sensie odreagowywanie jedzeniem? Emocjonalne przełożenie całego syfu w głowie na wilczy głód? Bo głód jest jak najbardziej realny. Fizyczny. Niekontrolowany. I mozna czytać dwadzieściatysięcystopięćdziesiątcztery naukowe podstawy o indeksach glikemicznych, jedzeniu, które powoduje, że jesteś głodna albo nie jesteś już głodna i nie będzie to miało żadnego, kompletnie żadnego przełożenia, gdy problem tkwi tam, gdzie go nie zauważasz. A potem, gdy zauważasz, jest już bardzo, ale to bardzo trudny do odkręcenia.

Moja “dieta” to porządek w głowie. Porządek ze sobą. Nie zrobiło się to ani wczoraj, ani miesiąc ani rok temu. Wymagało przewartościowania wielu spraw w życiu i odsunięcia tych rzeczy i ludzi, które miały na mnie destrukcyjny wpływ. Nie mogę powiedzieć, że wszystkich, bo wszystkie nie są wykonalne, ale tych, które się dało. Nie była to rewolucja, a raczej ewolucja. Powoli przekonywałam się, że trzeba ufać sobie i nie warto iść na kompromisy. Nie zrozumcie mnie źle – nie oznacza to, że jestem teraz dalajlamą i osiągnęłam pieprzony zen. Ale to wszystko pomogło mi po prostu odzyskać siebie.

Dojrzałam do dbania o siebie, do tego, żeby dbać o swoją formę – psychiczną i fizyczną. Wyplątałam się z nałogowego, emocjonalnego jedzenia. Nie tylko przez ograniczenie w życiu złej energii, ale głównie dzięki pielęgnacji dobrej energii – rodziny, przyjaciół. I dzięki sportowi. Tak, crossfit miał na to swój wpływ. Kilka razy w tygodniu wyłączam się, odreagowuję w crossfitowym boxie, nie w lodówce. Może to się wydawać banalne, ale jest ważne. Nie dałabym rady opanować nałogu będąc wiecznie sfrustrowaną.

I w zasadzie mogę powiedzieć, że to crossfit był takim akceleratorem, który dał mi dodatkowego kopa. A dopiero w styczniu tego roku zdecydowałam się na to, by porządkować jadłospis i wrzucić redukcję dla poprawy sprawności – powoli, nieiwazyjnie. I przy solidnym wsparciu hangarowych trenerów (Julita – nigdy nie zdołam się odwdzięczyć za tą kropkę nad “i”). Bo przyszedł czas i przyszła równowaga. A dla mnie ta równowaga jest dużo ważniejsza niż kwestia czy za pół roku będę nosić 40-stkę. W rozmiarze 46 czy 44 czuję się dobrze, nie patrzę na zdjęcia sprzed roku, dwóch, trzech czy sześciu z łapaniem za głowę “jezuuuu, jaka była gruba” czy na zdjęcia sprzed 10 lat rozpaczając, że byłam chuda. Albo “patrzcie jaka jestem teraz lepsza, klękajcie narody”. Nie jestem. Nie jestem ani lepsza ani fajniejsza. Jestem po prostu sobą i dobrze mi z tym.

0

Leave a Reply

%d bloggers like this: